The Wheelman – recenzja
Szybka, efektowna, pełna akcji – trzy rzeczy, których wymagam od dobrej gry wyścigowej, są tu podane w podwójnej dawce. Prawdziwa ostra jazda bez trzymanki. W pięknej Barcelonie… Recenzja The Wheelman!
Milo Burik (w tej roli Vin Diesel) to wtyka policji wysłana do znalezienia tajemniczej przesyłki. Zaczyna pracę dla wszystkich gangów, czym burzy układ sił w mieście. Solą The Wheelmen są pościgi. I to całkiem nieźle zrealizowane. Nieważne, czy prowadzę lichą osobówkę, czy sportowe cacko, czy to nówka sztuka, czy może sunący na felgach wrak – trzeba ciągle być w ruchu i walczyć o przetrwanie na ulicach Barcelony.
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
The Last Remnant – recenzja
Wielogatunkowy świat fantasy, po azjatycku zamaszyste widoki, fabuła suto podlana polityką – wszystko tutaj jest. Ale przede wszystkim się walczy. Komu więc ciągłe taktyczne rozgrywki nie pasują, ma problem. Nasza recenzja The Last Remnant!
W The Last Remnant każdy głupi korytarz jaskini jest pełen spacerujących bestii, które trudno ominąć. Gdyby nie to, podróż na koniec podziemi (z obowiązkową bitwą w finale) trwałaby trzy minuty. W ćwierci gry normą są walki z wieloma wrogami zgrupowanymi w oddziały i wspieranymi posiłkami, w drugiej połowie batalie trwają dłużej niż podróże i fabularne przerywniki. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Stormrise – recenzja
Stormrise to strategia czasu rzeczywistego z przeciętną grafiką i pokręconą historią poszukuje komputera z Vistą. Oferuje nieciekawą jazdę i wymaga dużej cierpliwości. Recenzja Stormrise!
Akcja Stormrise toczy się wiele lat po globalnej katastrofie, która sprowadziła na ziemię huragany ognia. Część ludzi zamknęła się w schronach, gdzie przez lata czekali na poprawę warunków. Ci, którzy pozostali na zewnątrz wystawieni na promieniowanie, zmutowali w rasę nazwaną Sai. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Rajd Na Berlin: Cień Stalingradu – recenzja
CI zawsze robiło gry trochę na kolanie, ale przynajmniej chwilę zajmowały. Przejście tej zajmuje dwie godziny! Recenzja Rajd Na Berlin: Cień Stalingradu!
W grze Rajd Na Berlin: Cień Stalingradu wcielamy się w super towarzysza, jednego z niewielu Rosjan, który jest w stanie dokopać ważnemu
generałowi. Niemcy panicznie boją się granatów, gdy tylko widzą jeden rzucony w ich stronę, zaraz uciekają – dobrze, że przy tym nie wyskakują z armijnych butów. Granatofobia wiele ułatwia. Wystarczy cisnąc ładunek na środek pomieszczenia, a gestapowcy zaczynają biegać jak kurczaki. Teraz tylko zamieszać serią z pepeszy i w kilka chwil ich męki są ukrócone. Przydaje się to do czyszczenia pomieszczeń z dobrze ufortyfikowanymi przeciwnikami. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Potwory Kontra Obcy – recenzja
Potwory stoczyły walkę z Obcymi w kinach, teraz toczą na komputerach. Z podziałem na role i solidną dawką beztroskiej zabawy. Nasza recenzja Potwory Kontra Obcy!
Jest okazja poznać kolejną tajemnicę ukrywaną przez amerykańską armię – Potwory! To grupa ziemskich istot o niezwykłych cechach, a przy okazji bohaterowie animowanego filmu. Bazująca na nim gra daje szansę przeżycia ucieczki z bazy wojskowej oraz bitwy z Obcymi napadającymi na Ziemię. Rozdziałów jest wiele, a oparte są na trzech (niezłych!) schematach, przypisanych do poszczególnych Potworów. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Merchants Of Brooklyn – recenzja
Czy hulająca na tym samym silniku co Crysis gra, w której trzeba się wcielić w megatwardziela z bronią zamiast ręki może być słaba? No, niestety może… Recenzja Merchants Of Brooklyn!
Główny bohater w Merchants Of Brooklyn stracił rękę walcząc na arenie, ku uciesze ludzi żyjących w 3100 roku, ale w sumie sporo na tym zyskał – jedyny minus jest taki, że po prostu głupio wygląda. Ogromną zaletą jest to, że zastępcza ręka zmienia się w wiele rodzajów broni palnej – kolejne schematy przesyła zaprzyjaźniony doktorek. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Hidden Target – recenzja
Czekają dwa rodzaje wyzwań. Pierwszy to strzelanie umięśnionym przystojniakiem, drugi to skradanie blond pięknością i – tak, zgadliście – ani jeden, ani drugi nie jest kozacki. Recenzja Hidden Target!
Strzelaniny są zbyt miałkie, żeby się podobać. Wrogowie to idioci, większą moc czuć w broni do paintballa, a wprowadzony system krycia się za osłonami jest chyba najgorszym, jaki widział świat. W Hidden Target brakuje doślizgów do osłon, aby schować się za słupem w metrze trzeba stać tak blisko, żeby nosem niuchać grzyba z fug między płytkami. To wkurza, bo zaburza orientację – tracę ma chwilę wrogów z oczu, bo zasłania ich moja przyszła osłona, a potem nie zawsze wiem gdzie się schowali. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Command & Conquer Red Alert 3: Powstanie – recenzja
To nie dodatek dla nowicjuszy, bo zatną się błyskawicznie, ale weterani się zakochają. Nowe jednostki cieszą, choć nie tak jak świetna minikampania, w której trzeba wcielić się obłąkaną i gorącą Yuriko. Nasza recenzja Command & Conquer Red Alert 3: Powstanie!
Wielka wojna zakończyła się zwycięstwem Aliantów. Rosjanie i Imperium Wschodzącego Słońca zostali rozbici w puch, ich dowódcy pojmani, a doborowe jednostki zamknięte w krio-więzieniach, gdzie przetrzymywane są w stanie zamrożenia. Po śmierci prezydenta Ackermana do władzy dochodzą nowe siły, a coraz większą rolę zaczyna odgrywać Unia Europejska i jej prezydent Rupert Thornley (Malcolm McDowell). Do gry włączyła się także czwarta siła – korporacja FutureTech, zajmująca się produkowaniem zabójczych maszyn bojowych i mająca własne plany co do tego jak powinien wyglądać światowy porządek. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Call Of Duty: World At War – recenzja
Stalingrad, Berlin, thompsony, mausery… Ten ogrywany od dawna temat powraca w jeszcze bardziej epickiej formie, choć czuć lekkie przegięcia i żal, że to nie jest prawdziwa kontynuacja czwórki. Recenzja Call Of Duty: World At War!
Z historii sprzed 70 lat da się jeszcze trochę wycisnąć, wsadzając amerykańskiego i radzieckiego rekruta w strój półherosa i rzucając ich nie do tajnych misji, tylko w sam środek bardzo brutalnej, krwawej walki.
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Drakensang: The Dark Eye – recenzja
Fajny, długi erpeg, z mocną linią fabularną z zachowawczą i ładną grafiką. Bez totalnego renesansu gatunku, ale pograć można. Oto recenzja Drakensang: The Dark Eye!
Akcja Drakensang: The Dark Eye zaczyna się prawidłowo. Jest kilkanaście klas postaci, a bohater to nie obrońca ludzkości, tylko zwyczajny gość, który podróżuje do starego przyjaciela w jakiejś tam sprawie. Od początku widać baśniowy świat, milutkie dialogi, grupki osób, wśród których muszą być zleceniodawcy – jest, jak być powinno. Przeczytaj recenzję >>

