Battlestations: Pacific – recenzja
Mieszanka rts-a i wybuchowej gry akcji w realiach drugiej wojny światowej działa gładko niczym dobrze naoliwiony karabin maszynowy. Pomysł jest podobny jak w poprzedniej części – sprawdził się wtedy i sprawdza się znów. Recenzja Battlestations: Pacific!
Elementy strategiczne przepleciono z sekwencjami zręcznościowymi, łącząc odmienne modele rozgrywki w wyśmienitą mieszankę. Gracz w jednej chwili dowodzi lotniskowcami wypluwającymi z siebie szwadrony samolotów, by zaraz za sterami jednej z maszyn rzucić się do pikującego lotu bombowego albo własnoręcznie oddać salwę z dział okrętu flagowego.
RĘCE NA POKŁAD
W Battlestations: Pacific są dwie kampanie – japońska i amerykańska. To postęp, w poprzedniej części można było grać tylko dzielnymi jankesami. Obie kampanie składają się z kilkudziesięciu misji bojowych nie powiązanych ze sobą scenariuszem (to krok wstecz, w poprzedniej części była całkiem niezła opowieść). Misje mają zwykle kilka zadań głównych, jakieś cele poboczne i pojawiające się w trakcie cele bonusowe.
Wykonywanie zadań jest nagradzane nowymi okrętami, na które można wymieniać te przydzielane odgórnie. Taki system zachęca do starań – warto ratować tonącą jednostkę, która rozpaczliwie wzywa pomocy, bo w kolejnych misjach w nagrodę będę pływał wykozaczonym niszczycielem. Pierwsze zadania w Battlestations: Pacific mają zapoznać graczy z podstawami sterowania i dowodzenia, ale nie radzą sobie z tym najlepiej. Doskwiera brak porządnego samouczka, bo tryb treningowy zamiast uczyć, pozwala tylko sterować wybraną maszyną.
Mimo dużej taktycznej złożoności rozgrywka w Battlestations: Pacific jest dość łatwa do ogarnięcia. Po wykonaniu kilku pierwszych misji, w których steruje się tylko jedną jednostką, zaczynam dowodzić całą flotą. Na mapie taktycznej szybko wydaję rozkazy, klikając po prostu myszą w odpowiednich miejscach. Błyskawicznie tworzę grupy bojowe i zarządzam samolotami wysyłanymi z wysp (jeśli są przewidziane w scenariuszu). Ale choć dowodzenie jest proste, to dobre dowodzenie już nie tak bardzo. Trzeba wiedzieć, jak rozmieścić okręty i które jednostki są właściwe do zwalczania których. Nie wolno zapominać o lotnictwie – myśliwce powinny patrolować niebo w poszukiwaniu wrogich samolotów, a bombowce nurkujące i torpedowe wciąż szukać wrogich okrętów do zniszczenia.
Najfajniejsza jest możliwość kontrolowania w dowolnym momencie każdej maszyny na polu bitwy. Wystarczy kliknąć i już lecę wysoko nad morzem, uczestnicząc w zaciętej walce powietrznej. Wkoło świszczą pociski, a trafione maszyny spadają, ciągnąc za sobą pióropusze dymu. Na wodzie trwa tymczasem śmiertelna walka pozycyjna. Statki plują do siebie ogniem z pokładowych dział, trafienia w czułe sektory kadłuba powodują efektowne eksplozje, a wraki powoli nikną w otchłani oceanu. Ręczne celowanie wymaga wprawy, ale oddając salwy samodzielnie, kończę starcie znacznie szybciej, niż zostawiając sprawę sztucznej inteligencji. Nie zawsze można na niej polegać, choć i tak jest o niebo lepsza niż w części poprzedniej.
Bitwy są niezwykle pasjonujące, niezależnie od tego, czy jako Japończycy atakujemy Pearl Harbor czy dowodzimy Amerykanami w bitwie o Guadalcanal. Z jednej strony jest szybka akcja zręcznościowych walk, z drugiej głębia taktycznych decyzji. Warto pamiętać, że da się w to grać, pomijając element zręcznościowy, ale nie można zignorować taktyki. Battlestations: Pacific to przede wszystkim rts, a dopiero potem strzelanina.
ZEW MORZA
Od strony technicznej gra Battlestations: Pacific prezentuje się nieźle, ale nie poraża jakimiś wyjątkowymi elementami oprawy. Ot, solidna rzemieślnicza robota. Animacja jest płynna, efekty specjalne przyzwoite, choć czasem pozbawione odpowiedniego rozmachu, a całość ogląda się całkiem dobrze. Zwłaszcza duże bitwy wyglądają tu bardzo przekonująco – chaos panujący dookoła wystarczyłby na dwie gry wojenne.
Battlestations: Pacific to wierna kontynuacja Midway. Jak każda kontynuacja ma więcej wszystkiego – misji, jednostek, opcji. Oryginalności tu za wiele nie znalazłem, ale za to zabawy jest cała masa. To dobra propozycja tak dla zaprawionych w bojach strategów jak i zwolenników akcji.
Battlestations: Pacific – podsumowanie:
+ dobrze zrobione elementy taktyczne i zręcznościowe
+ świetna atmosfera zaciętej bitwy morskiej
- fatalny i nieprzydatny samouczek
- nowicjusze mogą poczuć się przytłoczeni
OCENA: 7/10
Recenzja gry Battlestations: Pacific pochodzi z magazynu PLAY PC 7/2008. Autor: Tadeusz Zieliński


