Bully: Scholarship Edition – recenzja
Do klonów GTA dorzuca się coraz więcej i więcej, a jego twórcy dla odmiany obcięli kluczowe elementy, oddali niesamowity szkolny klimat i stworzyli piekielnie grywalne dzieło. Recenzja Bully: Scholarship Edition!
Jimmy Hopkins może nie jest aniołkiem, ale w porównaniu do niektórych degeneratów z Bullworth stanowi wzór do naśladowania. To młody rozrabiaka, który ma fart znajdować się zwykle w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Nie gnoi nikogo, jeżeli nie musi, a przy odrobinie motywacji pomoże nawet największym szkolnym leszczom.
Fani GTA poczują się jak w domu, choć nie wszystko jest jak w gangsterskim bestsellerze. Broni palnej rzecz jasna nie ma, a obecny zestaw nie wykracza poza sprzęt brany na ustawki (kije baseballowe, cegły, pokrywy koszy na śmieci) i służący do robienia psikusów (śmierdzące bomby, petardy, szklane kulki, proca). Rządzi stare dobre pranie po mordzie, choć nikogo nie da się zatłuc na amen – gdy pasek życia osiąga zero, delikwent pada na glebę, po czym wstaje i ucieka w popłochu. Można go dodatkowo upokorzyć specjalnym finisherem.
Ciosy to połączenie chuligańskich chwytów z wrestlingiem. Daje się wbiec w grupkę taranem, złapać jednego knura za fraki, sprzedać mu kolanko, później wyjechać z baśki, a na koniec usiąść na leżącym, trzymać go za łeb i tłuc po pysku. Pokrywę śmieciowego kubła polubi każdy – służy jako tarcza przed atakami dystansowymi, jest całkiem mocnym argumentem siłowym, no i można rzucać nią jak Captain America swoją tarczą. Odlot.
![]()
Fur też kroić się nie da, bo bohater to chuligan, a nie przestępca. Po kampusie i pobliskim miasteczku poruszamy się na piechotę albo prostymi wehikułami, na które nie trzeba mieć prawka. Mieścina jest mała, a dodatkowo teren został suto nadziany skrótami, żeby zawsze zdążyć dobiec na lekcje.
PLAN ZAJĘĆ
Miasto mocno napakowano atrakcjami, więc nie jest nudno. Oprócz zajęć, prostych minigier odblokowujących najczęściej nowe ciuchy, możemy robić jeszcze misje poboczne, które też dają dostęp do nowych szmatek – kilka godzin przy grze i Jimmy ma bardziej nabitą szafę niż niejedna filmowa gwiazda. Są także proste przysługi dla
szkolnych dzieciaków, misje poboczne: a to trzeba coś komuś dostarczyć, a to odprowadzić za rączkę ładną dziewczynę do akademika, obijając po drodze michy zaczepiającym ją gburom. Zadania głównego wątku są fachowe i mocno wbite w szkolny klimat.
Ochraniamy nerdów przed osiłkami, na zlecenie mścimy się na największych cwaniakach albo uprzykrzamy życie szkolnej drużynie footballowej, strzelając zawodnikom w kaski z procy (z biegiem gry staje się ona technologicznym cudeńkiem z niesłabą lunetą snajperską).
Dbałość o szegóły to znak firmowy Rockstara – tworząc szkolny świat, osiągnęli nowy poziom. Osiłki zaczepiają słabszych prymusów, uczniowie biegają po korytarzach, wszędzie jest tłoczno i gwarno, a pośród tego chaosu krążą prefekci strzegący spokoju. Jeżeli ktoś w zasięgu ich wzroku łamie szkolny kodeks, jest sprowadzany do parteru reprymendą albo odprowadzany za ucho do gabinetu dyrektora. Milutko.
Konwersja na peceta mogłaby być znacznie lepsza. Myszka chodzi ospale i dodatkowo gra lubi się czasem wykrzaczyć przy wczytywaniu wnętrz budynków. Tak, to stary engine, ten, na którym hulało San Andreas. Za to doczytywanie zwykle trwa tak krótko, że ekran ładowania nawet nie zdąży się pojawić. Grafika Bully: Scholarship Edition pamięta jeszcze Indian na amerykańskich równinach – robiono co się dało, żeby ją podbić tanim kosztem, ale i tak kwadratowe paluchy postaci straszą. Tego nie zamaskuje żaden filtr. Ale co z tego? Gra Bully: Scholarship Edition jest przeprzyjemna, choć wygląda paskudnie jak szkolna kucharka.
Bully: Scholarship Edition – podsumowanie:
+ spójna, ciekawa fabuła
+ swojska, a przy tym świeża
+ rozbudowana rozgrywka
- grafika ze średniowiecza gier
OCENA: 8/10
Recenzja Bully: Scholarship Edition pochodzi z magazynu PLAY PC 12/2008. Autor: Tadeusz Zieliński


