Age Of Conan 2009: Hyborian Adventures – recenzja
Masa złożonych questów, rozległy świat i tony magicznych gadżetów. Do tego brutalny klimat, hektolitry krwi i… polskie gadki. Uniwersum króla Conana wygląda idealnie… tylko czemu dopiero osiem miesięcy po premierze? Recenzja – Age Of Conan 2009: Hyborian Adventures!
Świat Hyborii wpuścił zgraję barbarzyńców już w maju zeszłego roku. Nowe mmo miało kosić klimatem i faktycznie było widać tonę pracy włożonej w projekt, ale były też denerwujące błędy, gra męczyła niestabilnością i momentami za bardzo przypominała betę. Poprawiono co się dało i doklejono do pudełka napis 2009. Można by się wkurzyć, że tyle przyszło czekać na doprowadzenie gry do porządku, ale z premierą ulepszonej wersji zbiegła się także z premierą pełnej wersji polskiej. Naprawdę niezłej polskiej wersji. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Battleforge – recenzja
Nowy rts w świecie trochę przesłodzonego, ale fajnego fantasy jest świeży, nietypowy i wciąga na długo wszystkich, którzy mają w sobie coś z kolekcjonera. Czyli każdego. A do tego jest przeznaczony głównie do zabaw grupowych. Nasza recenzja Battleforge!
Do gry łączącej strategię czasu rzeczywistego z karcianką doszyto niezłą historię. W skrócie: chodzi o gigantów. Śmiertelnicy mieli z nimi trochę problemów, a niektóre z tych problemów wymagały stoczenia wielkiej wojny i paru boskich interwencji. Gdy bogowie niespodziewanie odeszli, a słońce zaczęło przygasać, w chłodnych promieniach ginącej gwiazdy na świat przedostało się zło, z jakim ludzie nigdy jeszcze nie mieli do czynienia – Istoty Zmierzchu. Wyznawcy czterech odwiecznych sił – Natury, Cienia, Ognia i Mrozu zwarli szeregi, by stoczyć ostateczną walkę o przetrwanie. Wesoło.
To zabawa wielooosobowa. Battleforge korzysta z serwerów sieciowych i umożliwia tak rozgrywanie części scenariuszy w kooperacji jak i klasyczne pvp. Jako jeden ze Skylordów (ludzkich bohaterów obdarzonych nieśmiertelnością) prowadzę do boju armie, które przyzywam szeregiem zaklęć. Fajna jest otwarta mapa świata, na której mogę wybrać, dokąd pójść i z jakimi scenariuszami się zmierzyć. Łamie to liniowość i dodaje grze uroku.
Z KARTAMI NA WOJNĘ
Zasady może początkowo przerażają skomplikowaniem, ale po chwili wyrabiają się odpowiednie nawyki. W bitwach korzystam z zaklęć przedstawionych w postaci kart w czterech kolorach. Każda z nich ma określone działanie (przyzywanie jednostek, budynków, leczenie, zadawanie obrażeń i takie tam), zaś dwadzieścia kart składa się na talię. Można je zdobywać, wygrywając scenariusze, handlować nimi na aukcjach bądź wymieniać się z innymi, ewentualnie dokupić paczuszki po osiem sztuk. Obecność kart wprowadza do gry bardzo interesujący aspekt kolekcjonerski. A że w każdym z nas drzemie mały kolekcjoner, grywalność rośnie.
Sfera rts-owa Battleforge nie męczy: uproszczono kwestie budynków, zaś przewagę nad przeciwnikiem osiągam, zdobywając określone punkty na mapie, dające zasoby. Są zresztą tylko dwa: punkty mocy, które uzyskuję, stawiając nad złożami tak zwane studnie mocy oraz orby, które zdobywam, budując w wyznaczonych miejscach monumenty. Łatwiutkie do ogarnięcia, można skupić się na sieczce.
MOC ŚWIEŻOŚCI
Punkty mocy płyną z każdej studni i kumulują się, a wydaję je na rzucanie czarów. Budowanie monumentów pozwala rzucać coraz silniejsze zaklęcia i określa, jakiego koloru czary jestem wstanie rzucać, choć jest to też uzależnione od posiadanych orbów. Sporo tu fajnego kombinowania i satysfakcji z ułożenia dobrej talii i poprowadzenia Skylorda ku zwycięstwu.
Battleforge wygląda nieźle – niby mapie i modelom blisko do disneyowości piątych Heroesów, ale karty bywają przecudownie srogie. Tereny nie są wypełnione ultraszczegółowymi obiektami, ale efekty specjalne są fachowe, a latające malutkie potwory wesoło trzepoczą skrzydłami.
Znalazłem tu obszerny świat, kilka rozbudowanych kampanii fabularnych, otwartą społeczność graczy pomagających sobie, współzawodniczących, kolekcjonujących karty i testujących swe armie. Trochę męczy średnio wygodny interfejs, ale gra wciąga, jest dynamiczna i – przede wszystkim – orzeźwiająca jak sok z cytryny.
Recenzja Battleforge – Podsumowanie:
+ dynamiczna rozgrywka
+ kombinacje z układaniem talii
+ kolekcjonowanie pięknych kart
- niezbyt wygodny interfejs
OCENA: 8/10
Recenzja Battleforge pochodzi z magazynu PLAY PC 4/2009. Autor: Piotr Moskal
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Drakensang: The Dark Eye – recenzja
Fajny, długi erpeg, z mocną linią fabularną z zachowawczą i ładną grafiką. Bez totalnego renesansu gatunku, ale pograć można. Oto recenzja Drakensang: The Dark Eye!
Akcja Drakensang: The Dark Eye zaczyna się prawidłowo. Jest kilkanaście klas postaci, a bohater to nie obrońca ludzkości, tylko zwyczajny gość, który podróżuje do starego przyjaciela w jakiejś tam sprawie. Od początku widać baśniowy świat, milutkie dialogi, grupki osób, wśród których muszą być zleceniodawcy – jest, jak być powinno. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Fallout 3 – recenzja
Czarny humor, brutalne walki, ciekawa fabuła, duże możliwości i niezapomniany postapokaliptyczny klimat. Po zmieszaniu wyszedł… nie, nie
święty Graal, ale bardzo solidny erpeg. Recenzja Fallout 3!
Fallout 3 to gra fabularna pełną gębą, choć bez akcji jak w legendarnej jedynce, gdy wyższa inteligencja zmieniała całkowicie wszystkie dialogi. Ale możliwości i tak jest masa, a zamiast liniowej historii, przez którą można się przebić napakowanym albo przemądrzałym gościem, dostaliśmy wypełniony wyzwaniami postapokaliptyczny plac zabaw. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Fallout 3: Operation Anchorage – recenzja
Pierwszy minidodatek do Fallouta 3 da się przebiec w godzinkę, ale i tak jest fajnie. Zwłaszcza dla tych, którzy przygodę z postnuklearnym światem dopiero zaczynają. Recenzja Fallout 3: Operation Anchorage!
Gdzieś, w środku pustkowi, odbieram sygnał radiowy i pędzę na pomoc Outcastom, którzy mają dość prozaiczny problem – nie mogą wejść do zbrojowni, którą znaleźli. Aby się to udało, należy ukończyć program ćwiczebny w symulatorze wirtualnej rzeczywistości i to za jego pomocą trafiam na Alaskę, gdzie wojsko USA leje się z nacierającymi Chińczykami. Globalna wojna atomowa to pieśń przyszłości, na razie trzeba walczyć konwencjonalnie. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Gothic 3: Zmierzch Bogów – recenzja
Zmierzch bogów? Raczej zmierch serii i skok na kasę. Efektem dwóch lat pracy jest gra, która przez masę bugów, skaczącą animację i ciągłe wysypki do systemu pozawia resztek godności to niegdyś wspaniałe universum. Recenzja Gothic 3: Zmierzch Bogów!
Zaczyna się nieźle. Po wydarzeniach z końca Gothika 3 w Myrtanie wyłaniają się cztery stronnictwa, z czego dwa chcą się tłuc, a pozostałe mają dość wojny i wojowników. A zwłaszcza Bezimiennego. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Mount & Blade – recenzja
Symulator rycerza wciąga jak wodospad i zalewa wiadrami miodu. Choć niestety wkurza też niedoróbkami. Oto recenzja Mount & Blade!
Pomysł na tego erpega jest genialnie prosty: to symulator średniowiecznego rycerza, w którym tworzy się i rozwija własnego bohatera. Świat jest całkowicie otwarty i tylko od wyobraźni gracza zależy, czy zostanie handlarzem czy szefem najemników. Obstawiam, że 99 procent graczy wybierze tę drugą drogę. I słusznie, bo życie wojownika w Caladrii jest niesamowite. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Rise Of The Argonauts – recenzja
Niezła grafika, fajny system walki i ciekawy rozwój postaci to mocne plusy, ale liczba wad zrzuca je na drugi plan. A i tak przyjemności zasmakuje tylko ktoś, kto przebrnie przez porażający nudą początek. Oto recenzja Rise Of The Argonauts!
Są gry, które mają średnie początki i takie, które mają słabe, a na samym dnie listy stoi tabliczka z napisem: Rise of Argonauts – sto metrów niżej. Przez pierwsze dwie godziny tułam się po wyspie, którą włada Jazon i przygotowuję do wyprawy. Buduje to podwaliny opowieści, ale, na bogów, gram po to, żeby walczyć antycznym herosem, a nie dlatego, aby budować przyjacielskie stosunki z Herkulesem (swoją drogą, całkiem swojski facet). Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Sacred 2: Fallen Angel – recenzja
Pokłony w stronę Ascaronu za tak piękny i bogaty baśniowy świat. I kilka mocniejszych kopniaków oraz wyrazów za zepsucie zabawy zbyt
licznymi i denerwującymi bugami. Recenzja Sacred 2: Fallen Angel !
Po długiej sieczce w pierwszej części cofamy się 2000 lat, by zrobić ją jeszcze raz. Krótko po stworzeniu Ankarii ten wielorasowy świat cieszył się harmonią dzięki boskiej energii T, póki pilnujące go serafie nie przekazały kontroli elfom. Wybuchła zadyma i niektóre rasy obraziły się, odgradzając od innych. Bardziej zawzięci pozostali w sercu kontynentu, dalej walcząc, a zwierzaki rozpanoszyły się po polanach, mutując od energii T. Pakujemy się w tę uroczą sytuację jako jeden z sześciu bohaterów po stronie tych dobrych albo złych. Przeczytaj recenzję >>
Przeczytaj także recenzje podobnych gier:
Stranger – recenzja
Grając w Strangera nie mogłem pozbyć się wrażenia, że autorzy w trakcie prac jedli tylko grzyby halucynogenne. Wyszło im z tego połączenie RTS-a z erpegiem. Bardzo, bardzo dziwne. Recenzja gry Stranger !
Przemierzam krainę porośniętą grzybkami wszystkich kolorów, oganiając się od pluskiew, wyłażących spomiędzy równie kolorowych co grzybki liści jakichś kwiatów. Mój bohater to czerwonoskóry drągal o twarzy ukrytej pod maską, otoczony przez gromadę dość obleśnych gremlinów. Kolo dzierży pokaźnych rozmiarów kuszę, z której dziurawi nadbiegające insekty. Z przeciwników wypadają różnokolorowe kryształy, za które w wioskach gremlinów mogę dokupować więcej gremlinów. Oprócz tego kryształy służą do napędzania czarów, ale nie bezpośrednio, tylko za sprawą specjalnego pola. Przeczytaj recenzję >>
