Left 4 Dead – recenzja

May 25, 2009 Autor: ltyszko  
Kategoria: FPS, Gry akcji, L, PC, X360

Z szaleństwem w oczach, pianą na pysku i trójką wiernych przyjaciół u boku – tak się w to gra. I nie sposób przestać. Kiedy wydawało się, że w dziedzinie survival horroru trudno wymyślić coś nowego, Valve udowadnia, że można. Nasza recenzja – Left 4 Dead!

left-4-dead-screenshot-2.jpgIdziemy przez wąski pasaż, który wyprowadzi nas na główną ulicę. Widzę jak Zoey, sterowana przez mojego kolegę, odłącza się od grupy i wchodzi do ciemnego pomieszczenia. Szuka zapasów, a nigdy nie wiadomo, gdzie się je znajdzie. Francis i Louis (moi kolejni ziomale) poszli do przodu, sam pilnuję pleców Zoey.

Nerwowo wypatruję huntera albo smokera – te bestie zwykle polują właśnie na takich nieostrożnych Ocalałych, którzy zwiedzają okolicę na własną rękę. I niemal natychmiast słyszę charakterystyczny odgłos smokera. To bydlę potrafi długim językiem złapać Ocalałego i szybko odciągnąć od grupy. Zastygam w miejscu, omiatając dachy promieniem latarki.
W tym momencie sztuczna inteligencja przypuszcza na nas atak. Z góry zaczyna lać się nieprzerwany strumień zombi. Zoey dołącza do mnie i zaczynamy strzelać. W tłumie ledwie zauważamy grubego boomera, który właśnie przygotowuje się do obrzygania nas swoim śluzem – nie dość, że maź oślepia, to jeszcze ściąga nowe hordy zwykłych, szeregowych zombi. Prawie udaje mi się odepchnąć monstrum na bezpieczną odległość, ale nasi dwaj pozostali kompani wybrali tę chwilę na bohaterski powrót. Celny strzał powoduje niekontrolowaną eksplozję boomera, który zamiast jednej osoby, spryskuje wszystkich.

left-4-dead-screenshot-3.jpgOślepieni, oblegani przez zdającą się nie mieć końca falę zombi, po kolei padamy na ziemię. Położenie jest dramatyczne, ale wtedy udaje mi się cisnąć bombę. Zombi natychmiast rzucają się za pikającym i błyskającym przedmiotem, by po chwili zamienić się w czerwoną chmurę flaków i kończyn.

Sytuacja wygląda na opanowaną, pomagam wstać kolegom, przeładowujemy broń, ktoś zaczyna się leczyć i wtedy słyszymy nadciągającego tanka. Rozwścieczona góra mięsa wyłania się zza rogu i kilkoma ciosami roztrąca grupę na boki. Gdy leżę na ziemi, widzę jeszcze nadciągającą kolejną hordę. Już po nas.

MORZE MARTWYCH
Powyższa scena jest tylko jedną z wielu, które przeżyłem w Left 4 Dead. Tysiące zombi postawiono przeciw czworgu Ocalałym, których zadaniem jest przebicie się przez cztery kampanie. Każdy z tych scenariuszy pełnymi garściami czerpie z horrorowych schematów. Jest opuszczone miasto, przedmieścia wśród lasów, dachy domów, po których zmierza się na lotnisko, czy samotna farma położona na środku wielkiego pola kukurydzy.

left-4-dead-screenshot-5.jpgKażda kampania podzielona jest na pięć mapek, a na każdej z nich (oprócz ostatniej), celem jest dotarcie do specjalnego, zabezpieczonego pomieszczenia, w którym zombi nie mogą nas dopaść. Na końcu kampanii na Ocalałych czeka ostatni szaniec, na którym trzeba stoczyć długą walkę z kolejnymi falami zombi, czekając na transport, który ma wszystkich uratować (może być to helikopter albo wóz pancerny).

Choć można w Left 4 Dead grać samemu, to jednak nie jest to taka radocha jak napinanie przez internet. Zawartość jest dokładnie taka sama, a różnica polega na tym, że zamiast żywych, myślących kompanów, graczowi towarzyszą boty. Całkiem sprytne i usłużne, ale to tylko boty, które kombinować nie potrafią.

Za każdym razem, gdy gramy, zombi są inaczej rozstawione, hordy pojawiają się w innych momentach, a specjalni zombi (zwani Zarażonymi, w odróżnieniu od hordy, czyli zwykłych przygłupich nieumarłych) wybierają najgorszy dla nas moment, by przypuścić szturm. Gramy na tych samych 20 mapkach, ale zawsze akcja wygląda nieco inaczej.

CYFROWY MACHIAVELLI

SI to nie losowa maszynka, która czasem nas męczy, a czasem nie. System bacznie monitoruje zachowanie Ocalałych i do tego, jak grają, dopasowuje swoje zachowanie. Zdarza się, że przez minutę nie widać ani jednego nieumarłego, a w kilka sekund później dosłownie zalewa nas fala kotłujących się ciał. SI patrzy nawet, ile razy gracze trafiają zombi w głowę i czy oszczędzają amunicję. Jeśli widzi, że oddział jest zgrany i umie walczyć, zwiększa nieco natężenie ataków.

left-4-dead-screenshot-6.jpgUczucie niepewności i ciągłego zagrożenia połączone z dopracowaną oprawą tworzy nieprawdopodobny klimat. Wygląda to jak film, a dzieje się całkowicie spontanicznie. Gdy czarnoskóry Louis pada tuż przed wejściem do wozu pancernego, a pozostali są już bezpiecznie w środku, trudno nie zawyć ze śmiechu. Klasyczna horrorowa klisza – czarnego zostawili i to dosłownie na ostatnich metrach.

Ale klimat gry Left 4 Dead tworzy przede wszystkim system kooperacji i to jak Valve zmusza graczy do trzymania się razem i wzajemnego wspierania. Samotny Ocalały nie ma żadnych szans. Może poradzi sobie z hordą, ale gdy dopadnie go jakiś Zarażony, to kaplica. Musi mu pomóc kolega, odpychając zombiaka albo likwidując go celnym strzałem.

Inaczej Hunter rozerwie bezbronnego gracza na strzępy, a smoker zatłucze go pięściami, przytrzymując językiem. Gdy ktoś zostanie ranny, to natychmiast zaczyna go pilnować cała grupa. I to nie z pobudek altruistycznych, ale czystej woli przeżycia – grupa osłabiona nawet o jedną osobę ma znacznie mniejsze szanse w starciu z zombi. W żadnej innej grze nie zdarzyło mi się oddać apteczki (są wyjątkowo nieliczne) rannemu koledze, mimo że sam byłem ranny.

Współpraca w Left 4 Dead jest równie ważna w trakcie starć. Zmasowany ogień znacznie lepiej powstrzymuje wroga, a gdy widzimy, że któryś z kompanów został napadnięty przez zombi, trzeba popędzić mu na pomoc, odtrącając nieumarlaków. Koledzy z przodu klękają, robiąc miejsce dla drugiej linii i rozpoczyna się kanonada. Fizyka strzelania, podobna do counter-strikowej, sprawdza się rewelacyjnie. Choć broni jest w sumie niewiele (bohaterowie to zwykli ludzie, a nie komandosi), to rozwałka jest nieprawdopodobnie satysfakcjonująca – odepchnięcie zombiaka i wpakowanie mu kilku kulek z dwóch pistoletów (John Woo style) to przekozacka jazda.

left-4-dead-screenshot-7.jpgZJEDZENI PRZEZ ZOMBI
Walka z komputerem daje niesamowitą radochę i poczucie jedności drużyny (zwłaszcza jeśli gramy ze znajomymi), ale prawdziwe wyzwanie to tryb Versus. SI nadal rozdaje karty, a Ocalali nadal muszę się przebić przez te same kampanie, ale w Zarażonych wcielają się ludzie. Myślący, kombinujący i dobrze ogarniający sterowanie ludzie, potrafiący zastawiać szatańskie pułapki, w które wpędzają niczego nieświadomych graczy. Typy zarażonych są losowane.

Zwykle po mapie biega dwóch hunterów, smoker i boomer, razem mogą ostro namieszać, a czasem SI robi dodatkową niespodziankę i jednego z graczy zamienia w tanka. Tank ma masę zdrowia i jest silny jak tur. Potrafi walić rękoma i rzucać wyrwanymi kawałami betonu, a by go powstrzymać, wymagana jest kooperacja całej grupy.

Cieszy masa detali. Zapiski ludzi na ścianach w kryjówkach czy to, że wyraz twarzy postaci zmienia się zależnie od stanu zdrowia. Albo to, że Ocalałym nagrano 12 tysięcy linijek tekstu, a każde wypowiedziane słowo jest zgrane z ruchem warg modelu. Grafika w Left 4 Dead jest dopracowana i efektowna, klimat miażdży, strzelanie rozwala. W to po prostu chce się grać!

Left 4 Dead – recenzja – Podsumowanie:
+ niesamowity, pełen napięcia klimat
+ świetne dynamiczne strzelaniny
+ genialny tryb kooperacji i Versus
- granie samemu nie daje wielkiej radochy

OCENA: 9/10

Recenzja Left 4 Dead pochodzi z magazynu PLAY PC 1/2009. Autor: Tadeusz Zieliński

left-4-dead-screenshot-1.jpg

Picture 1 of 8

Przeczytaj także recenzje podobnych gier:

  • Advertisement

Wypowiedz się na temat gry!

Napisz, co sądzisz o tej grze lub o naszej recenzji.
Aha, jeśli chcesz mieć avatar, zdobądź go na tej stronie!