Legendary – recenzja
Mieszaniną fajnych kreatur, makabry oraz staroszkolnego biegania z klamką bez gnicia za murkami ta prosta, całkowicie liniowa i skryptowana na maksa strzelanina dzielnie walczy o choćby odrobinę uznania – i nie bez sukcesów. Recenzja Legendary!
To dzieło twórców cienkiej strzelaniny Turning Point: Fall of Liberty od początku nie daje mi zapomnieć o jego pochodzeniu, serwując zagruzowane ulice (tu współczesny Manhattan) i biegających wokół gości (tu gliniarzy) próbujących odeprzeć inwazję (tu potworów z puszki Pandory). Podobny jest labirynt z samochodów i zniszczonych budynków układający się w bariery, abym nie pobiegł w siną dal. Także grafika jest z cyklu „nie wszystko błyszczy, co na silniku Unreala 3”.
GŁOŚNY START
Lekkopółśrednie tekstury dekoracji i efekt poświaty robią wrażenie, jakby gra była z czasów pierwszego Rainbow Six Vegas. Ale nadrabia energią. Gdy złodziej wynajęty do zwędzenia puszki Pandory dotyka artefaktu, jego dłoń zostaje naznaczona stygmatem, który pozwala wysysać energię z
zabitych i przerabiać ją na zdrowie albo telekinetyczne pchnięcia. Tuż obok strumień energii rozwala sufit i wywołuje trzęsienie ziemi. Walą się ściany, po kątach leżą ranni i martwi, ale prawdziwa jazda zaczyna się na ulicy. Ziemia pod nogami wylatuje w powietrze, pełna reklam na budynkach okolica Times Square pali się i wali. Tu jakaś macka spod ziemi wciąga w rozpadlinę człowieka rozpaczliwie trzymającego się autobusu, tam gryf roztrąca auta i pożera ludzi.
Gra prowadzi za rączkę przez rumowisko ulic, stacje i tunele metra, piętra ziejących wnętrzami budynków, piwnice, kanały i znów ulice. Później skaczę do Londynu, gdzie przebijam się przez ładny kamienny cmentarzyk, katedrę i lochy. Jest i okazja do strącania gryfów wyrzutnią z Big Benem w tle. Dlaczego graficy rozwinęli skrzydła dopiero w drugiej połowie gry?
Mityczna puszka Pandory zawierała symboliczne nieszczęścia, a nie konkretne, robiące Sajgon potwory. Ale twórcy gry Legendary rozsmakowują się w mieszaniu źródeł i wykręcaniu legend na swoją stronę. Polubiłem tę konwencję, choć wielu uzna ją za przegięcie. Gryfy nie mają lwich ciał, są w całości ptakami i mają srogie rogi. Wilkołaki, głosi gra, to oddzielny gatunek, żadni tam ugryzieni ludzie.
Ładnie oteksturowany firedrake nie ma wiele ze starogermańskiego ognistego smoka, wygląda jak zrobiony ze stygnącej lawy. Najciekawszy jest golem: żydowska legenda mówi o glinianym, w grze to kilkupiętrowy olbrzym sklejony z kawałów gruzu i samochodów. Sposób na niego jest całkiem współczesny: spajającą go siłę rozbije impuls EMP (ten niszczący elektronikę). Trzeba tylko doładować parę emiterów, opędzając się od potworów.
Pojawiają się też ludzcy najemnicy organizacji próbującej odnaleźć w tym chaosie puszkę i zabić złodzieja. Goście nie wyglądają może tak fachowo jak w F.E.A.R. (i nie są tak sprytni), ale dają radę, zwłaszcza gdy po serii otacza ich chmurka krwi. Do pomocy mam żołnierzy innej organizacji (nie pytajcie), autonomicznych i w razie śmierci uzupełnianych przez grę w stylu starych Call Of Duty.
BESTIE PO TUNINGU
Gwiazdami są wilkołaki. Nie za mądre, za to ruchliwe, silne, łażące po ścianach i potrafiące odgryźć głowę strzelcowi (nieważne, z którego oddziału). Za
to gra zbiera u mnie punkty, bo biegam na boki w ramach uników i pruję do stada drani całymi seriami. Na koniec wilkołakom trzeba odstrzelić głowę, bo wstają. Można też odrąbać. Szeregowe wilki są osobliwie pozbawione sierści i ładnie cieniowane. Szczecinę mają silniejsze samce alfa, z którymi tańczy się dłużej, bo są wytrzymalsze. Słabnąc, tracą płaty zdartej skóry i pokazują żebra. Ciągły ruch jest też warunkiem przeżycia walki z silnymi jak byki minotaurami.
To wesoła rzeź, ale rynek nie wybacza projektowych płycizn i przykurzonych pomysłów na rozgrywkę, więc Legendary zostanie zdeptane przez superprodukcje.
Legendary – recenzja – Podsumowanie:
+ potwory po demitologizacji
+ bez siedzenia za murkiem
- to naprawdę silnik Unreala 3?
- mechanika bez uniesień
OCENA: 6/10
Recenzja Legendary pochodzi z magazynu PLAY PC 1/2009. Autor: Rafał Belke


