Ojciec Chrzestny II – recenzja
Gra jest trochę przestarzała, co męczy. Ale ma też mocne atuty: trzy miasta, prowadzenie własnej rodziny, zdobywanie miasta budynek po budynku. A przede wszystkim niezłą gangsterską opowieść. Recenzja Ojca Chrzestnego II !
Zaczyna się. Na mój znak ściana wylatuje w powietrze. Strażnicy niczego się nie spodziewają, więc zanim zdążą cokolwiek zrobić, już gryzą piach. Jeden laluś słysząc strzały łapie za telefon, żeby wezwać posiłki, ale w słuchawce głucha cisza – przed nalotem mój spec bawił się kablami. Widzę sejf, a ponieważ nie gardzę żadną kwotą, każę odpowiedniemu człowiekowi zająć się sprawą. Facet jest zręczny, ale otwieranie takiego zamka to nie wyścigi i przez chwilę muszę walczyć z jedną lufą mniej. Pociski lecą gęsto, ale nie muszę się o nie martwić – przemyt broni w tym mieście należy do mnie! Kilka tysięcy wpadło, czas zająć się sprawami, dla których tu jestem – ten lokal musi zostać wcielony do mojego imperium. To początek Ojca Chrzestenego II.
IMPERIUM ATAKUJE
Właściciel zwykle zabawia się z panienkami albo ubija jakieś lewe interesy na zapleczu. Na początku zawsze się stawia, ale odpowiednia perswazja złamie każdego. Zawsze wiadomo kiedy przestać, bo jest wskaźnik z dwoma liniami. Gdy wartość przekroczy pierwszą, lokal jest mój, ale gdy przejdzie za drugą, bity się buntuje i nic nie zdziałam. Druga znika zaraz po tym, jak linia przeskoczy pierwszą kreskę, więc działam trochę na wyczucie.
Sposobów perswazji jest wiele. Pobicie, niszczenie otoczenia, grożenie bronią (trzeba omiatać właściciela celownikiem, od stóp do głów), duszenie, przerzucanie przez balustrady – rozbudowany system walki wręcz w Ojcu Chrzestnym II na to pozwala.
Wszystko opiera się na kontekstowym działaniu, a podstawą do wyjścia w inne kierunki jest chwyt. Z niego mogę zacząć delikwenta dusić, ale da się też na przykład chodzić z nim po pomieszczeniu, by zbliżyć się do ściany i kolesia o nią cisnąć. Prosty system zachęca do zabaw – na początek ładuję serią ciosów, a potem łapie go za fraki i pcham w stronę barierki, żeby przez nią przeleciał i rozbił sobie zęby piętro niżej.
Polecamy: poradnik – solucja do gry Ojciec Chrzestny II
Ogłuszonego przeciwnika można efektownie wyeliminować – finiszery są różne, w zależności od trzymanej broni. Mając gołe ręce Dominic rozkwasza kamiennymi pięściami pysk przeciwnika, a mając pistolet, wkłada mu lufę do ust i ciągnie za spust. Kilka razy. Możliwości jest wiele. Ale nie ma tu niczego, czego nie było w pierwszym Ojcu Chrzestnym.
JA, DON
Prowadzę własną rodzinę, od samego początku jestem donem. Przyjmowanych do niej ludzi mogę awansować w hierarchii, co zwiększa ich wartość na polu walki. Każdy w Ojcu Chrzestnym II ma jakąś specjalizację, a wraz z awansem przydzielam mu kolejną, dzięki czemu jest pomocny za dwóch albo i trzech. Każdy skill przydaje się w dwóch sytuacjach – inżynier tnie siatki umożliwiając podejście do sprawy z innej strony albo odcina kable telefoniczne, dzięki czemu atakowani nie mogą wezwać posiłków. Osiłek wyważa niektóre zamknięte drzwi albo cichaczem eliminuje wskazany cel. Kasiarz otwiera sejfy, ale z zamkami też sobie świetnie radzi.
Zarządzanie mafią cieszy. Kilku członków rodziny (maksymalnie trzech) można przydzielić do przybocznej świty, która wspiera ogniem i umiejętnościami specjalnymi. Myślicie, że wożenie się po mieście z tyloma typami jest problematyczne, bo trzeba szukać samochodów zdolnych tą ekipę pomieścić? Nie! Tu przeprowadzono to totalnie bezstresowo, do pojazdu pakuje się tyle osób, ile jest miejsc, a reszta zgrabnie teleportuje się nam za plecami, gdy już dotrzemy na miejsce.
Szpicli można rozwijać wydając szmal na ekranie statystyk. Szybsza regeneracja zdrowia, lepsza walka wręcz, większa wprawa w posługiwaniu się bronią – jest tego trochę. Kupuję im nawet spluwy, choć nie potrafią posługiwać się wszystkim – wraz z postępami w grze znajduję ulepszone wersje broni, które także mogę ofiarować członkom rodziny, ale tylko wtedy, gdy posiadają odpowiednie uprawnienia. Te odblokowuję grając nimi… w sieci.
Kilka partyjek i mogę dać typom do łap najlepsze cacka, a zarobione w ten sposób pieniądze lądują na koncie rodziny. Fajnie, choć powinien być też sposób na rozwijanie tego w singlu – nie wszyscy lubią i mogą grać w internecie. Nie jest to jednak żadna wielka wada, bo już na podstawowym poziomie sprawności podwładni z thompsonem w łapach robią niezłe spustoszenie.
MOJE MIASTO
Zabawa kręci się wokół zajmowania melin. Są też normalne misje fabularne, dodatkowe zadania zbierane od ludzi na ulicy i eliminacje członków wrogich rodzin mafijnych, ale to, niestety, tylko przerywniki. Schemat przejmowania poraża prostotą: trzeba dotrzeć do właściciela i przekonać go, żeby współpracował. Na drodze staje ochrona i architektura budynku. Z pierwszą radzę sobie w stary, ołowiany sposób, ale druga wymaga większej finezji.
Budynki w Ojcu Chrzestnym II można atakować od frontu, ale znacznie lepiej użyć umiejętności ludzi, bo otwiera to alternatywne, zwykle znacznie szybsze ścieżki do celu, które są bardziej efektywne i bezpieczne. Zamiast przedzierać się przez trzy sale wrogów, mogę wysadzić ścianę i przejść bezpośrednio do pomieszczenia z właścicielem, o ile ten budynek ma akurat taką opcję – tu nie ma samowolki, mogę coś zrobić jedynie, gdy w danym miejscu znajduje się uwalniająca zdarzenie ikonka.
Meliny łączą się w kręgi przestępcze – jeżeli kontroluję cały krąg, zdobywam dostęp do pewnego bonusa, jak zmniejszenie kosztów utrzymania strażników, kamizelki kuloodporne dla rodziny albo specjalne pociski zapalające, którymi zadaje znacznie większe obrażenia. Idea kręgów każe podchodzić do sprawy taktycznie. Jeżeli przeciwna rodzina ma monopol w jednej działce, pozbawiam ją bonusa wysadzając interes bombą.
Po zajęciu biznesu zaczynam na nim zarabiać, ale muszę zacząć go także chronić. Eliminowanie członków wrogich rodzin sprowadza się do wykonania prostej pobocznej misji (pobij, zabij, ukradnij coś), a następnie zabrania się za właściwy cel, co najważniejsze, we właściwy sposób. Mogę pobić gościa śmiertelnie, wyładować w niego pięć magazynków, później zrzucić z wieżowca, a na dole spalić placek flaszkami z benzyną, ale jeżeli to nie jest ten właściwy typ egzekucji, to w krótkim czasie facet się zregeneruje i powróci do czynnej służby.
Niektóre zadania w Ojcu Chrzestnym II poboczne owocują także tak zwanymi przysługami, jak odwołanie goniącej nas policji, czy ekspresowe wyleczenie przebywającego w szpitalu członka rodziny. To się przydaje, ale nie jest piekielnie ważne – jeżeli nie chcemy robić tych misji, nie ma większego powodu, aby się zmuszać.
Zabawa toczy się w trzech miastach (Nowym Jorku, na Florydzie oraz Kubie) i niektóre kręgi ciągną się przez więcej niż jedno z nich, więc trzeba podróżować. Robię to samolotem, choć nie mogę nim sam kierować. Tak samo zresztą jak i łodziami czy motocyklami, których też nie ma. Każde miasto jest raczej małe, jedynie Floryda jest nieco większa – pozostałe odpowiadają jednej wyspie z GTA: Vice City. Słabiutko.
PO STAREMU
Motyw samochodowy jest całkowicie niewykorzystany – tylko we fragmencie jednej misji uciekam przed policją. Do tego auta prowadzą się tragicznie zabawkowo, a kraksom i modelowi daleko do widowiskowości. Da się wydać rozkaz ostrzału chłopakom z rodziny, wtedy wystawiają głowy i lufy za szyby i strzelają do kogo popadnie, ale jest to absolutnie bezużyteczne, bo wszystko rozgrywa się w budynkach, a z policją nie ganiamy się praktycznie wcale. Sam nie mogę wspomóc chłopaków ogniem, co jest niedopuszczalne.
Ojciec Chrzestny II to w wielu aspektach gra starej generacji. Bardzo starej. Nie da się na przykład wyskoczyć z pędzącego pojazdu, a wsiąść mogę dopiero, gdy odpowiednio się ustawię względem drzwi. Kamera jest ustawiona co prawda na nową modłę, wisi nad prawym ramieniem postaci, ale jest stanowczo zbyt blisko – Dominic zasłania ciałem sporą część ekranu, a podczas jazdy samochodem jest jeszcze gorzej. Wirtualny operator powinien się oddalać od pojazdu wraz ze wzrostem prędkości, aby pokazać większy teren i dać więcej czasu na reakcje, a tu jeszcze bliżej się do niego przysuwa zmniejszając kąt.
Wpadek jest więcej: nie da się skakać, pływać (ba, nie da się nawet zbliżyć do wody), a upadki z kosmicznych wysokości nie czynią żadnej krzywdy, o ile znajdę przerwę w linii niewidzialnych ścian na gzymsach.
Grafika to nie szczyt marzeń, ale strzelaniny wyglądają całkiem efektownie, choćby przez niezłe wybuchy i fajne rozbryzgi krwi. Tylko raz na jakiś czas znika celownik i połowa dźwięków, ale kto by się tym przejmował, skoro gra działa całkiem stabilnie, pozwala się fajnie zapisywać w każdym momencie i nie trzeba łatek na błędy graficzne.
Ojciec Chrzestny II nie jest zły, ale to jednak gra starej generacji, która wydaje się nie zauważać lepszego pod każdym względem GTA IV. Brak niektórych rozwiązań wielu zniechęci, a swobodna jazda po mieście i ganianie się z policją, czyli jedna z przyjemniejszych rzeczy w grach z otwartym światem, nie przynosi tutaj frajdy.
Ojciec Chrzestny II – recenzja – Podsumowanie:
+ Widok Dona
+ Prowadzenie własnej rodziny
- Braki gameplayowe i błędy
- Skopane samochody
OCENA: 7/10
Recenzja Ojca Chrzestnego II pochodzi z magazynu PLAY PC 3/2009. Autor: Krzysiek Ogrodnik


