Quantum of Solace – recenzja
Czasem ładna, czasem brzydka, czasem zaskakująca, a chwilami może nawet nowatorska – komputerowa adaptacja przygód Bonda to wprawdzie nie nowy Call of Duty 4, ale ma z nim więcej wspólnego, niż się z początku wydaje. Nasza recenzja – Quantum of Solace!
Fabuła zaczyna się jak Quantum of Solace, potem w retrospekcji wracamy do Casino Royale, by zakończyć najnowszym hitem. Dziwne, że zawartość z nowego filmu w stosunku do tej ze starszego jest jak jeden do dwóch: Casino opowiedziano dość szczegółowo, pobieżnie tylko przelatując przez najważniejsze sceny Quantuma. Wszystko jest tak poobcinane, że kto nie oglądał filmów, niewiele skuma.
Zabawa jest totalnie liniowa, masa tu skryptów, widać typowe dla silnika Call Of Duty 4 bajery jak przeskakiwanie przez murki odpalane Spacją. Ale nowości w tym garnku pełnym zadymy nie pozwalają nazywać Quantuma prostą modyfikacją Calla.
BÓG SZPIEGÓW
Craig to przystojniak, a że gra Quantum of Solace jest na licencji, to kamera wyjeżdża często z jego głowy, by ukazać nienaganną linię szczęki. Zwykle podczas przylepiania się plecami do osłon, by prowadzić zza nich ogień, tak jak w Gearsach. Da się wychylać i przycelowywać, ładować na ślepo, a nawet gracko prześlizgiwać się zza jednej osłony do drugiej, o ile są blisko siebie. Działa to nieźle i czyni grę bardziej realną – Bond rozwala tabuny złoczyńców, ale nie robi tego, stojąc pośrodku strzelaniny z taśmami pocisków zwisającymi z ramion.
Polecamy: poradnik – solucja do gry Quantum of Solace
Mapy sprzyjają chowaniu się, pełno tu murków, palet, filarów i węgłów. Jeżeli zbyt długo siedzimy za jednym murkiem, wrogowie próbują nas wykurzyć granatami, a gdy sami podrzucamy im wybuchową niespodziankę, uciekają w popłochu – łatwo ich wtedy zdjąć. Strzelaniny są szybkie i nie trzeba uparcie kisić się za osłonami, bo energia życiowa regeneruje się w takim tempie, że na tym polu Bond odstawia Wolverine’a o kilka długości.
By wygrać, nie należy pakować wyłącznie do przeciwników, ale też do podświetlonych obiektów, które załatwiają po kilku naraz. Takich jak na przykład butle z gazem. Poustawiane tu i tam w wieżowcu wyglądają nieco bez sensu, dobrze chociaż, że nie wszystkie obiekty eksplodują, niektóre na przykład rażą prądem, ogłuszając tych w pobliżu. Wrogów da się też tłuc wręcz – nie, nie ma ciosów, jest prosta minigra. By wyłączyć gościa z akcji, trzeba najechać jednym kręgiem (kursorem) na drugi i kliknąć.
Poziom trudności Quantum of Solace jest raczej umowny – da się zginąć, jeśli robimy głupie błędy, ale fachowiec przeleci przez grę jak katana przez masło. Nie ma tu zbyt trudnych momentów, całość jest jak film – nieźle wygląda, sceny są efektowne, da się przy tym odprężyć i wyżyć, a od widza nie wymaga się zbyt wielkiego skupienia.
NIERÓWNIA POCHYŁA
Misje są niezłe, a ta rozgrywająca się na dwóch pociągach to już w ogóle wypas – na wskaźniku fajności wisi w pobliżu co ciekawszych kawałków Call Of Duty 4. Najpierw troszkę skradania w czymś, co przypomina TGV. Później strzelanina, przeskok na tabor sunący na torze obok, tam ostra sieka i tęgie eksplozje, szybki sus z odczepionego wagonu na pozostałe. Następnie znowu trochę strzelania, powrót do maszyny numer jeden, lekka zadyma w przedziałach i wyjście na dach. Opróżnianie magazynków, podczas gdy wehikuł sunie w tunelu, a na koniec fajna scena walki wręcz.
Jedna misja polega na… chodzeniu. Podczas gry w kasynie Bond zostaje bezczelnie otruty, wstaje od stołu i wtedy zaczynamy nim kierować – z rozmytym i rozciągniętym obrazem na czas śmigamy na parking do Astona, by użyć defibrylatora. Agent zatacza się i wpada na ludzi, a my mamy odnaleźć drogę w labiryncie bankietu.
Grafika jest nierówna, czasem straszy rozjechanymi teksturami, by później błysnąć fachowo zrobioną eksplozją. Model Bonda jest zbudowany z wielkiej liczby wielokątów – gdyby go rozbić na pojedyncze bryłki, można by wybrukować podjazd do garażu. Swój i ładnej sąsiadki. Efekty są wzięte z nowego Call Of Duty, więc to klasa światowa.
BOMBOWE PEREŁKI
Gracze mieli dostać wybór, czy chcą przechodzić poziomy po cichu czy z hukiem, ale to nie do końca tak działa. Na niektórych poziomach nie da się skradać, bo wrogów jest zalew i choćby nie wiem jak się starać, nie da się podkraść do kolesia, który ładuje do nas z kaemu. Na poziomach skradankowych po wykryciu wysyłany jest oddział specjalny w kominiarkach, ale po krótkiej wymianie ognia i wybiciu świadków znowu jest spokój, choć przeciwnicy używają komunikatorów.
Broń to nic specjalnie wyszukanego, ale pojawia się kilka perełek. Praktycznie każdą misję w Quantum of Solace zaczynamy z nieśmiertelnym wytłumionym pistoletem, ale później można wyłowić takie cacko jak kozacki potężny shotgun, którego pociski mają taki power, że są w stanie nawet poderwać cel do lotu na miejsce spoczynku. Fajne jest też Magnum z kopytem wielkości małego słonia – aż miło strzelać.
Nowa gra o Bondzie nie jest cudowna, ale jest na pewno fajniejsza niż większość filmowych monitoryzacji – strzela się milutko, choć w tej kwestii gwarantem jest silnik Modern Warfare’a. Filmowe zagrania przedstawiono całkiem nieźle, a niski poziom trudności pozwala zagrać ludziom, którzy po prostu zajarani wyszli z kina. Pomimo wszelkich wad, błędów i przytyków to i tak jedna z lepszych gier na podstawie filmu w ogóle.
Quantum of Solace – recenzja – Podsumowanie:
+ eliminacja kolejnych złoczyńców
+ momentami całkiem niezła grafa
+ różne fajne akcje z Call of Duty
- długość rozgrywki i jakość przerywników
OCENA: 8/10
Recenzja Quantum of Solace pochodzi z magazynu PLAY PC 1/2009. Autor: Krzysiek Ogrodnik


