Shellshock 2: Ścieżki Krwi – recenzja

May 21, 2009 Autor: ltyszko  
Kategoria: FPS, Gry akcji, PC, PS3, S, X360

Strzelaniny w dalekowschodniej dżungli i tunelach wracają w grze, która poza rekordowym poziomem przemocy nie bardzo ma się czym wyróżnić. Recenzja – Shellshock 2: Ścieżki Krwi!

shellshock-2-screenshot-4.jpgShellshock 2: Ścieżki Krwi to brutalna na maksa strzelanina. Taka, w której trafiane głowy przeciwników chlapią tytułową posoką, a ich zawartość wylatuje w powietrze jako zbiór oddzielnych obiektów. Szczególnie mocno potraktowany wróg traci kończyny, a podczas konfrontacji na krótszy dystans krew zalewa pole widzenia. To droga przez kambodżańską jatkę z dekoracjami w stylu amerykańskich marines pełzających bez dolnej połowy czy przybitych nożami do ściany, tym razem bez głowy. To chmary odmienionych bronią biologiczną szaleńców agresywnych jak zarażeni z filmu 28 dni później.

Czy to wystarczy na horror? Moim zdaniem gra z tego gatunku powinna straszyć, podkreślać kruchość bohatera, zręcznie operować ciemnością i udźwiękowieniem. A tutaj na strach nie ma miejsca, gdy w półmroku widzię kolejną falę biegnących w podskokach, klonowanych zakażonych i staram się karabinem wykręcić jak najwięcej headshotów, póki są daleko. Heros, żołnierz z okresu wojny wietnamskiej, ma szybko odnawialną energię i opcjonalnie włączane wspomaganie celowania, puchem marnym trudno go więc nazwać. A fonia jest strzelaninowa: mnogie spluwy przyjemnie terkoczą, ale o odgłosach czy muzyce wzmagających napięcie można zapomnieć.

shellshock-2-screenshot-2.jpgW POGONI ZA BRATEM
Rzecz tak w ogóle jest o ładunku z tajną bronią Whiteknight, który US Army gubi gdzieś w Kambodży. Z posłanych na rekonesans komandosów wraca tylko jeden – brat bohatera. Zezwierzęcony gość ucieka z bazy, a ja ruszam jego tropem. W krótkich levelach przebiegam dżunglę, okopy, tunele, którymi tak sprawnie przemieszczali się „gospodarze” tej wojny, obozowiska, niszczejące budynki i świątynie. Dotrzyj do podziemi – pisze mi liniowa gra, a gdy już tam jestem, mam zadanie z owych podziemi uciec.

Zamiast rozsądnej fabuły wszystko ma tłumaczyć podążanie za bratem. Tajemnica Whiteknighta też jest od początku oczywista. Braciszek zaraża ludzi na swojej drodze wirusem agresji, więc po paru levelach poza żołnierzami Vietcongu atakują mnie szaleńcy różnej płci i narodowości. Po szybkim wyłożeniu kart gra nie ma już więcej atutów w rękawach, po prostu coraz mocniej mnoży przeciwników. To nie motywuje do jej kończenia.

shellshock-2-screenshot-5.jpgWojskowi próbują się chować za osłonami, a zranieni przenoszą się gdzie indziej. Innym razem to ja z garstką komputerowych komandosów bronię okopowego przyczółku albo starego kościoła przed wlewającymi się z różnych stron napastnikami.

Czasem kontroluję kawałek terenu stacjonarnym cekaemem, czasem gra zamyka mnie w niewielkim obszarze i nie otwiera ścieżki dalej, dopóki nie kasuję nieokreślonej liczby fal zakażonych. Wtedy pomagają wyjątkowo nieefektowne, ale skuteczne eksplozje granatów. Kiedy mimo tego opada mnie chmara szaleńców, mogę się jeszcze bronić kolbą czy maczetą, ale to mało skuteczne. Chwilę potem wczytuję checkpointa (nie ma zapisu stanu gry w dowolnej chwili) i powtarzam całą rzeź od początku.

Do tych mało porywających akcji dochodzą quick time eventy, co już ostatecznie dobije niektórych. Mnie akurat qte nie mierzi, ale nadal mam wrażenie uczestniczenia w przeglądzie wyświechtanych chwytów. Wciśnięciem kilku wyświetlonych klawiszy ratuję się przed lecącym pniem najeżonym bambusowymi kolcami, wpadnięciem do zamaskowanej dziury czy nadlatującym pociskiem moździerzowym. Podobne przepychanki ze skaczącym do oczu przeciwnikiem jako bonus dorzucają wybór, czy go zatłuc czy zastrzelić.

shellshock-2-screenshot-3.jpgSCENY BEZ OSCARA
Poraża mnie spokój na twarzach komunistycznych bojowników (tych jeszcze zdrowych), szkoda tylko, że to niezamierzony efekt. Żołnierze sprawiają wrażenie znudzonych. Walcząc, często patrzą w bok, jakby za mną działo się coś naprawdę interesującego. Nie dzieje się: poziomy są prosto zaprojektowane i tylko poprawnie wypełnione. Dżunglowa zielenina daje radę, gorzej, gdy schodzi na piaszczyste tunele i okopy.

Droga do finału w Shellshock 2: Ścieżki Krwi zajmuje nie budzące mojego szacunku sześć godzin, a trybu multiplayer w ogóle nie ma. Wychodzi z tego produkcja niewiele lepsza od niskobudżetowych strzelanin od City, a o wiele droższa. Wydawca rzuca ją do boju w segmencie gier za stówkę, a to jest już całkiem zwyczajny szok.

Zobaczcie sami czy aby na pewno Shellschock 2: Ścieżki Krwi jest aż tak brutalny:

Shellshock 2: Ścieżki Krwi – recenzja – Podsumowanie:
+ działa: ja strzelam, oni padają
+ animacje headshotów cieszą
- sześć godzin i po zabawie
- generalna powtórka z rozrywki

OCENA: 5/10

Recenzja Shellshock 2: Ścieżki Krwi pochodzi z magazynu PLAY PC 4/2009. Autor: Rafał Belke

shellshock-2-art-1.jpg

Picture 1 of 6

Przeczytaj także recenzje podobnych gier:

  • Advertisement

Wypowiedz się na temat gry!

Napisz, co sądzisz o tej grze lub o naszej recenzji.
Aha, jeśli chcesz mieć avatar, zdobądź go na tej stronie!