The Last Remnant – recenzja
Wielogatunkowy świat fantasy, po azjatycku zamaszyste widoki, fabuła suto podlana polityką – wszystko tutaj jest. Ale przede wszystkim się walczy. Komu więc ciągłe taktyczne rozgrywki nie pasują, ma problem. Nasza recenzja The Last Remnant!
W The Last Remnant każdy głupi korytarz jaskini jest pełen spacerujących bestii, które trudno ominąć. Gdyby nie to, podróż na koniec podziemi (z obowiązkową bitwą w finale) trwałaby trzy minuty. W ćwierci gry normą są walki z wieloma wrogami zgrupowanymi w oddziały i wspieranymi posiłkami, w drugiej połowie batalie trwają dłużej niż podróże i fabularne przerywniki.
NA UBITEJ ZIEMI
Pierwsze wrażenie początkującego dowódcy jest niekorzystne. Widok w trakcie starć zasłania mrowie liczb, tabel, komentarzy i zestawów rozkazów. Z początku to przerost formy nad treścią. Gdy młody, tropiący porywaczy siostry bohater ma już pod sobą dwa oddziały i kilku znośnych generałów (reszta to żołnierze wypełniacze), chciałby z kolei dyrygować tym jak drużyną w innych rolplejach.
Turowy system The Last Remnant z wydawaniem ogólnych rozkazów kilkuosobowym oddziałom wydaje się za mało szczegółowy. Atak z użyciem magii? Nie ma decydowania, jakiego czaru czy specjala użyć? Jest, ale przed walką, gdy można dobrać do oddziałów postacie o konkretnych umiejętnościach. Kiedy dobrze wyspecjalizowana grupa często dopala ataki magią, robi się w tym coraz lepsza, a członkowie zdobywają nowe zagrywki.
Polecamy: Poradnik i solucja do gry The Last Remnant!
Czyli rozwój podkomendnych też jest, ale pośredni. Właściwej perspektywy nabiera się przy trzech, czterech podległych drużynach, bo wtedy gra zaczyna cisnąć. Ważne staje się taktyczne wiązanie oddziałów walką (lepsi niech zwiążą walką tych kozaków, nim ci uderzą w moich słabiaków) i zdobywanie miejscowej przewagi (dwie i więcej drużyn na jedną). Zmienia się formacje, by lepiej znosić atak z flanki. Zapomina się o żalu za brakiem opcji ręcznego doboru broni komukolwiek poza bohaterem. W tej chwili wszystko nabiera sensu, nawet jeśli automatyczne procesy nie zawsze są jasne.
Szkoda, że trzeba kilkunastu godzin cierpliwości, by tam dojechać – i że The Last Remnant nie zatrzymuje się na tym, tylko zwiększa do granic znudzenia skalę i długość starć. Dobrze, że na PC jest przyspieszanie animacji.
PALCEM PO MAPIE
Unreal 3 Engine przeładowany danymi i nie zoptymalizowany trochę zgrzyta, otoczenie doczytuje się z opóźnieniem nawet na pustych terenach poza szczegółowymi i wysmakowanymi miastami. Ale wersja The Last Remnant na PC ma dobrą zmianę w mechanice: limitem liczby generałów bohatera jest tylko kasa.
Fabuła ma wszelkie azjatyckie atrybuty jak w serii Final Fantasy, ale nie może się z nią mierzyć na emocje czy wsysalność gracza. Gdy nie ma okazji do walki, twórcy proponują szybkie skakanie po mapie: z miasta do miasta, z dzielnicy do dzielnicy, od jednego ciętego z metra questa do drugiego. A ja bym chciał łazić, mieć co zwiedzać i odkrywać, jak w Finalach czy Falloucie, w którym najwięcej czasu spędziłem na wycieczkach. Takie rzeczy wiążą ze światem, a The Last Remnant je przycina. Ale i tak jest miły.
The Last Remnant – recenzja – Podsumowanie:
+ duży jrpg na PC to rzadkość
+ system dobry do wielkich bitew
- … na które trzeba się naczekać
- loading, loading, loading
OCENA: 7/10
Recenzja The Last Remnant pochodzi z magazynu PLAY PC 5/2009. Autor: Rafał Belke


