Velvet Assassin – recenzja
Nie z najwyższej półki, ale urodziwa. Surowa przy bliższym poznaniu, chociaż niewątpliwie fachowa. Przybywa akurat wtedy, gdy bardziej znani skradacze mają wolne. I na swój skryty sposób zbliża się do sukcesu… ale nie do szczytu. Recenzja Velvet Assassin!
Bohaterka drugiej wojny światowej Violette Summer działa po cichu i szkodzi hitlerowcom tam, gdzie boli. Wysadza skład paliwa i zabija oficerów we Francji. W Hamburgu kradnie tajne papiery i oznacza U-Boota dla bombowców. Usiłuje dotrzeć do schwytanych agentów podziemia w kanałach okupowanej Warszawy, by przez getto trafić do więzienia gestapo.
Nasi z ruchu oporu nazywają się Andrzej Kurczak i Jerzy Jarkiewicz (a nie jakoś bzdurnie), a głosy okupantów nagrali rodowici Niemcy. Coś ściska na widok stosów ciał na ulicach likwidowanego warszawskiego getta. Albo gdy słychać krzyki mieszkańców francuskiej wioski uwięzionych w podpalonym kościele. Takie rzeczy się liczą, nawet jeśli nie są tu najważniejsze.
W KUCKI
Sedno Velvet Assassin to skradanie się widzianą zza pleców bohaterką po uliczkach, magazynach, bunkrach. Gdy jestem w cieniu, strażnicy o mnie nie wiedzą. Chyba że wchodzą wprost na mnie, mają latarki albo gra się zagapia. Podejście za plecy pozwala zabić po cichu i obejrzeć jedną z morderczych animacji. Gwizdnięcie skłania strażnika do porzucenia w kółko przemierzanej ścieżki. Z broni z tłumikiem mogę pokusić się o headshota, a ciała chowam. Czasem mogę puścić prąd przez kałużę, w której stoi wróg, z granatu u pasa wyciągnąć zawleczkę czy wytruć grupę strzałem w beczkę z gazem.
Frontalny atak nożem czy z Lugera bez tłumika kończy się marnie. Pocisków jest mało, Niemcy szybko sprowadzają Wiolę do parteru. Trzeba cierpliwości. W podbramkowych sytuacjach używam morfiny. Bo te misje to flashbacki ciężko rannej agentki w szpitalnym łóżku. Uśmierzające ból zastrzyki rozmywają pamięć – w praktyce to chwilowy bullet time pozwalający przebiec obok kogoś albo dopaść ofiary i wykonać egzekucję. Słabo uzasadnione, ale przydatne.
Po morfinie otoczenie bieleje, a bohaterka sunie w szpitalnej bieliźnie. Tuż przed egzekucją ekran czerwienieje i rozmywa się. W bunkrach królują reflektory i fajne, ostre cienie, na powietrzu wschodzące pomarańczowe słońce i złota jesień. Twórcy wiedzą, jak bawić się kolorami, jak dopieszczać elewacje budynków i postarzać chropowaty beton w bunkrach. Brawo.
Bardzo lubię taką rozgrywkę, nawet o surowych, dalekich od Splinter Cella zasadach, jak tutaj. Dałbym Velvet Assassin ósemkę, w nosie mając narzekającą resztę świata – ale nie mogę. Przy wszystkich fajnościach są tu mielizny, a raczej zwężenia. Za często liniowo sunę w przód. A gdy ginę, znów muszę rozpracować tych samych trzech gości w podziemnej sali. Przy licznych powtórkach robi się sztucznie.
TROCHĘ CIASNO
Dobra gra stealth pozwala spróbować wszystkiego, by dopiąć celu za plecami strażników. Tu sposoby są ustalone. W Velvet Assassin mogę sabotować skrzynkę z bezpiecznikami, zmieniając rozkład świateł i cieni w sali, ale nie mogę rozwalać żarówek. W kobiecy mundur SS wbijam się tylko na dwóch levelach, a i tak muszę omijać wrogów z daleka, bo przyciągam uwagę.
Z przemykaniem się za plecami też jest różnie: często strażnik ma klucz do następnych drzwi i trzeba go kropnąć. W końcówkach misji trzeba wiać i strzelać do żołnierzy. A sterowanie jest dopasowane do precyzyjnych strzałów, nie do biegania ze strzelbą. Twórcy mogli skupić się na większej swobodzie tam, gdzie im wyszło: w skradaniu.
Velvet Assassin – podsumowanie:
+ rozgrywka stealth i to taka pełną gębą
+ twardo podkreśla, że wojna to łajno
- za mało swobody jak na ten gatunek
- obowiązkowe strzelaniny w finałach
OCENA: 7/10
Recenzja gry Velvet Assassin pochodzi z magazynu PLAY PC 7/2008.


